sobota, 30 grudnia 2017

Po Bożym Narodzeniu 2017

Z pozdrowieniem bożonarodzeniowym donoszę, że nic nowego się nie dzieje w mojej parafii. Zamknęliśmy rok w duszpasterstwie fantastyczną Nowenną przed Bożym Narodzeniem i Szkołą Bożonarodzeniową (Escuela czy też Curso Navideno). Wyszło w tym roku znakomicie, dużo lepiej niż rok temu. Szczególnie w dzielnicach, w barriach, z dużo większą ilością dzieci uczestniczących w codziennych modlitwach. W parafii też, rankami, ponad 130 dzieci przychodziło na zajęcia Escuela Navidena. Trzeba zaznaczyć wyśmienite zaangażowanie i przygotowanie młodych katechistów, pod czujnym i czułym okiem Siostry Franciski. Apogeum tego czasu była Pasterka, czy też Msza de Nochebuena z pięknie przygotowanymi śpiewami przez połączone siły wszystkich grup muzycznych z parafii i z przygotowanym chórem dzieci. Dzieci, które uczestniczyły w Curso Navideno po raz pierwszy miałe swoje specjalne miejsce w ławkach w kościele podczas tej mszy, można je było też nieco bardziej zaangażować i zainteresować. Wraz z prezentacją pieśni bożonarodzeniowych w ramach konkursu przed Pasterką, wszystko trwało równe 3 godziny, ale dzieci się nie męczyły, dorośli chyba też nie, sądząc po tym, że jeszcze długo po Mszy trwało dzielenie się radością Bożego Narodzenia przed kościołem. W sam dzień Bożego Narodzenia ja się udałem do Domu Dziecka (Hogar de la Esperanza) na Mszę dla dzieci tam przebywających, a nasza młodzież wraz z Siostrami poszła na najbiedniejsze barria z pewną misją: głosić, że Bóg jest z nami i podzielić się paroma słodkimi drobiazgami.







Sytuacja w kraju jest coraz bardziej napięta. Już 37 dni trwa protest medyków przeciw nowemu prawu karnemu. Prawo to pozwala stawiać zarzuty i grożą surowsze kary lekarzom, którzy dokonują niedbałych diagnoz i przyczyniają się do śmierci lub kalectwa pacjentów (poziom wykształcenia medycznego jest dramatyczny, a służba zdrowia to nie służba ale potężne przedsiębiorstwo... już o tym kiedyś pisałem). Nikt tu specjalnie nie zastanawia się nad tym, czy postulaty lekarzy są słuszne czy nie... ważne, że protestują przeciw rządowi, przeciw prezydentowi. A ten wszem i wobec orzekł, poprzez "niezawisłych" sędziów Trybunału Konstytucyjnego, że ma poniżej kręgosłupa wolę narodu wyrażoną w referendum rok temu, i będzie kandydował na prezydenta czwarty raz. Bo przecież nie ma innej alternatywy dla Boliwii, kraju, która podąża szeroką drogą do bycia socjalistycznym rajem na Ziemi... niestety na wzór bratnich Wenezueli i Kuby. Ludzie już mają dość obecnej władzy i skoro się ich nie słucha, zaczynają podnosić już nie głos, ale barykady. I tak oto stoimy przed groźbą sparaliżowania ruchu drogowego w całej Boliwii od nowego roku. Już była blokada drogi (bloqueo) prowadzącej z Santa Cruz do Brazylii i na północ do Concepcion y Trinidadu. Siostra Franciszka wraz z wychowawczyniami z przedszkola wracała z  jednodniowej wycieczki i ... w Puerto Pailas stała 10 godzin w bloqueo. Ja wracałem od ks. Artura z La Asunta dzień później i załapałem się na objazd przed nowy, najdłuższy w Boliwii most przez Rio Grande i wróciłem do domu od strony Okinawa y Montero. Bloqueo już dwukrotnie milicja rozbijała gazem i pałami, ale w sumie blokada trwa już czwarty dzień. Bo do protestu lekarzy przyłączają się wszyscy. Od wtorku swój udział zapowiada transport ciężki, czyli tiry. A to oznacza... największy policzek dla rządu. Zobaczymy co się będzie działo. Zapowiada się ciekawy rok. Wybory prezydenckie dopiero w październiku lub listopadzie 2019 roku, a Evo i Alvaro i ich poplecznicy z partii MAS (Ruch ku Socjalizmowi) nie oddadzą władzy ot tak... Najbardziej bezczelne są wizyty Moralesa u Papieża Franciszka, gdzie jak sam mówi, skarży się na biskupów pochodzących spoza Boliwii, którzy jego zdaniem "nie są z Ludem" i politykują (a przecież jedynie domagają się respektowania praw człowieka i bronią życia). 
Ja już nie politykuję zatem, tylko kończę ten długi wpis dziękując za modlitwy, wielkie wsparcie duchowe jakie od Was otrzymuję i życzę wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2018.
Niech Boża Dziecina błogosławi!

piątek, 29 grudnia 2017

Po remoncie chóru i z nowym zadaszeniem

Udało nam się w końcówce listopada i na początku grudnia wykonać ważny remont. Załatanie dziur i pomalowanie dachu o powierzchni 500 m2 może nie było jakimś wielkim zadaniem, ale na pewno było konieczne. W czasie obfitych deszczów woda już pomału wpadała do wnętrza kościoła. Teraz myślę, że na parę lat będzie spokój. Konieczne też było wyremontowanie chóru, który pomału groził zapadnięciem się. Tak nam się wydawało widząc przecieki i coraz bardziej ruszające się płyty w podłodze. Gdy to rozebraliśmy okazało się, że wszystko to opierało się na solidnej ilości prętów żelaznych (barras de fierro, nie wiem jak to tam jest po polsku, nie operowałem nomenklaturą budowlaną w Polsce, hehe) i pewnie zawalić by się nie zawaliło. Ale płyty były już zepsute. Nie ruszając potężnego zbrojenia, warstwę podłogi chóru i sufitu nad wejściem do kościoła położyliśmy na nowo i teraz nie będzie trzeba się o nic obawiać. A i ładniej jest :-) No i ściany chórowe już nie są ze sklejki z pomalowanymi cegłami, tylko rzeczywiste cegły.

czwartek, 16 listopada 2017

Wiadomości z "Santa Cruzu"

Jesteśmy po Pierwszej Komunii. Przystąpiło 56 dzieci, nie najgorzej przygotowanych. Uroczystość pięknie przygotowana wspólnie z Siostrą Franciską, katechistami i rodzicami, wszystko sprawnie i dostojnie się odbyło. Szkoda, że połowa dzieci zniknie z kościoła już po niedzielnej wycieczce na basen… druga połowa może na pół roku się zapisze do ministrantów, ale bez pomocy rodziców nie dotrwają do przyszłorocznej pierwszej komunii ich młodszych kolegów.

Wreszcie po dwóch tygodniach od spisania umowy i pierwszej wpłaty panowie z warsztatu „Mexicano”(nie ma nic wspólnego z Meksykiem, by było jasne) przybyli i stawiają wiatę, która posłuży jako daszek nad samochodami i jako stoisko do sprzedaży różności w niedziele.

W barrio Roca y Coronado, dzięki ofiarności polskich wiernych (szczególnie dziękuję parafianom z Krupskiego Młyna, ze św Barbary z Bytomia i ze św. Trójcy, też z Bytomia) już prawie mamy mur i płot na terenie przyszłej kaplicy i budujemy dach nad miejscem naszych spotkań i celebracji. Z czasem może powstanie tam jakaś kaplica, ale to jeszcze melodia przyszłości… trzeba sporo pracy miejscowej ludności, nie jest celem powielać błędy poprzedników i dać im wszystko gotowe… To, co dzięki ofiarności naszych dobroczyńców z Polski stawiamy, to z całą pewnością zaczątek czegoś dobrego i wierzę, że przyciągnie ludzi do Kościoła.

Z instalacją gazu w przedszkolu lepiej nie wspominać. Ogólnie… bałagan mają tam w planach, okazało się, że w planach jest rura z gazem w pobliżu ulicy przy przedszkolu, a w rzeczywistości jest o 50 metrów dalej. Możemy czekać rok albo i dłużej na decyzję o przedłużeniu sieci gazowej… albo zapłacić kolejne setki dolarów amerykańskich i pociągnąć sobie rurkę z gazem… Szkoda słów.

Instytucje państwowe czepiają się coraz bardziej Kościoła… Średnio dwa razy w tygodniu (jak nie częściej) muszę się wystać w kolejkach w urzędzie podatkowym. Nie do końca rozumiem po co, ale stoję, siedzę potem chwilę przy stoliku z panią, która myli instytucję parafii z fundacją charytatywną albo farmacją. Póki co problemów czy nieprawidłowości nie ma, ale oni tu mogą się przyczepić do wszystkiego… Tak jak Policja na „trance” może se zażądać łapówki jak w apteczce samochodowej nie masz kropli żołądkowych. Takie realia.

Dobrze, że ludzie są w parafii dobrzy, choć boją się gadać z padre, bo za dużo wymaga, wolą z Siostrami, bo są bardziej „cariniosas” (i dobrze, takie mają być siostry! J). Ale na urodziny mi wystawili imprezę o północy (młodzież), śniadanie o 8ej (w jednej z dzielnic), w południe spokojnie zjadłem obiad z sąsiadem, potem jeszcze super podwieczorek z animatorkami. A w międzyczasie wysokiej klasy kawa i lody z Siostrami, urodziny były wielkie. W końcu 33cie. W tym wieku Pan Jezus dopełnił misji zbawienia ludzkości. Ja się jeszcze trochę pomęczę, by dołożyć ziarenko do tego dzieła, które i tak już (Bogu dzięki!) się dokonało! J

niedziela, 8 października 2017

Po uroczystościach odpustowych

Kolejny odpust za nami. Nie było z nami biskupa, bo wracał w tym czasie z wizyty ad limina z Rzymu. Był za to wikariusz generalny padre Juan Crespo. Wszystko się udało, choć wiatr w niedziele był straszny. Dużo radości. Przybyli też księża i siostry z sąsiadnich parafii. Słowem: udana impreza!
A 3 października z Postrervalle dotarła do nas nowa figura naszego świętego patrona. Poniżej troszkę zdjęć.




piątek, 22 września 2017

Po trzech latach

19 września minęły trzy lata od mojego przylotu do Boliwii. Czas leci szybko. Przejrzałem sobie tak jakoś w ostatnich dniach moje wpisy na tym blogu sprzed trzech lat. I tak się zastanawiam, co tu można jeszcze napisać? Trzy lata temu wszystko było takie nowe, inne, fascynujące, dziwne. To było wejście w nowy świat, by nie powiedzieć, jakby „nowe narodzenie” w całkiem nowej rzeczywistości. Niby ta sama planeta, ale inny świat.
A teraz, po trzech latach? To już jest chyba… mój świat. To, co dziwiło, stało się na przestrzeni czasu czymś normalnym, oczywistym. To, co było szokujące, teraz co najwyżej powoduje uśmiech na twarzy albo gest zrozumienia. Co tu opisywać, jeśli już wszystko się opisało? Przeżycia, refleksje, wnioski takie czy inne? Można by, ale czy to ma jakiś sens, jakieś przełożenie na codzienne życie czytelnika czy autora? Wątpię w to.
Na pewno się jakoś zmieniłem przez te trzy lata. Boliwijskie środowisko, klimat, ludzie, specyfika pracy duszpasterskiej, codzienne troski i radości, wszystko to wpływa na jakość zmian, które się we mnie dokonały w tym czasie. Moje spojrzenie na świat, na Kościół, na sens życia też uległo w pewnej mierze transformacji. Ale nie umiem tego póki co ocenić, może trzeba więcej dystansu.

Na pewno te trzy lata to czas ŁASKI. Jestem szczęściarzem, że mogę tu być, pracować, żyć, wierzyć, dzielić się z innymi. Jak długo jeszcze? Się zobaczy. To nie jest jeszcze moment, by zadawać sobie to pytanie, za wcześnie. Póki co, trzeba żyć i iść naprzód. Robić swoje. Dziś rozpoczynamy nowennę do św. Franciszka, w niedzielę uroczystości rocznicowe departamentu Santa Cruz, w poniedziałek dzień wolny od pracy. 1 października kolejna fiesta patronalna. Dzieje się, całkiem sporo. I choć tydzień za tygodniem mijają tak szybko przez te rozmaite aktywności, wyczuwa się taki spokój, harmonię. Szczególnie gdy przychodzi taki dzień jak dziś, że choć na chwile przestaje wiać porywisty, „kruseński” wiatr.

niedziela, 25 czerwca 2017

Zrozumieć Kościół?



Próbuję zrozumieć ten Kościół. Czuję się jego cząsteczką i usiłuję go zrozumieć. Ale z trudem to przychodzi. To, że jest to Kościół zebrań, kongresów, spotkań, niezliczonych i niedokończonych obrad na wszelkiej maści zebraniach, jest oczywistością. Jest to też Kościół bardzo aktywny, wrażliwy na praktykowanie przykazania Miłości przede wszystkim Bliźniego. Dzieła miłosierdzia i pomoc najbardziej potrzebującym to właściwie imiona tego Kościoła. Ludzie tu muszą mieć przestrzeń i czas, a może przede wszystkim czas, by się wypowiedzieć, wygadać, podzielić swoimi przeżyciami i opiniami. Wielokrotnie nawet samych siebie mocno skrytykować na drodze tak lubianej „ewaluacji” (co nie znaczy, że w przyszłości coś faktycznie zmienić). Muszą przynależeć. Do jakiejś grupy parafialnej, wikarialnej, najlepiej jeszcze diecezjalnej, a już całkiem najlepiej należeć do wielu grup, mieć wiele „charyzmatów” i, jakżeby inaczej, koszulek z emblematami i hasłami tychże grup. Kościół wielkich słów, wielkich inicjatyw, przedsięwzięć, czasem nie do końca przemyślanych, niedopracowanych, kulejących, mających krótki żywot i nie przynoszących zamierzonych owoców czy efektów. Się robi, się działa, niby w konkretnym celu, ale tak naprawdę nie wiadomo po co.
Zbliża się Piąty Amerykański Kongres Misyjny. W lipcu 2018 roku w Santa Cruz spotkają się przedstawiciele wszystkich narodów obu Ameryk, zlecą się delegacje z całego kontynentu i Karaibów. Dzielić się swoimi doświadczeniami i rozmawiać na temat tego, że „Ewangelia jest Radością i Ameryka jest w misji”. Tak, musi być w misji, bo ewangelicy, mormoni, świadkowie jehowy i tysiące pomniejszych sekt zaczynają już pomału dominować na mapie religijnej tej części świata. Obradujemy na zebraniach i ustalamy i wydajemy plany trzyletnie, podczas gdy „bracia odłączeni” stukają do drzwi zdeklarowanych katolików i dobrym słowem skutecznie zapraszają do swojej wspólnoty. Lud z natury religijny, który być może z powodu ciągle materialnego ubóstwa (kwestia czasu), odczuwa jeszcze pragnienie Boga, zaspokaja swe potrzeby w najbardziej wygodny sposób. „Jest jeden Bóg”, mówi katolik, który jest na tyle obojętny, że jak odczuwa potrzebę to idzie do kościoła katolickiego, a jak zawieje mu duch odmiany, to za skrzyżowaniem ma do wyboru jeden czy drugi barak z obsługą duchową jakiegoś pastora.
Kościół katolicki tu chce wyjść na peryferia. I coś nie potrafi. Nie potrafimy. Zachwycamy się ładnie brzmiącym nauczaniem obecnego Papieża i nie potrafimy trafić do sąsiada i zaprosić na Mszę. Tworzymy grupy, nowe grupy, a w nich te same osoby, które niewiadomo kiedy mają czas na rodzinę (a z pewnością ją zaniedbują, bo doba ma tylko 24 godziny). W roku miłosierdzia nakazano tworzyć w każdej parafii grupy Caritas (co już tu działało bez tej nazwy i było dobrze), wysyłać po 10 osób na formację w tej dziedzinie (gdzie nikt się niczego nowego nie dowiedział, a nawet jeśli to nie potrafił tego przenieść na grunt parafialny). W tym roku mamy temat, że parafie mają być „misyjne”, więc wysyłamy na formację znowu „dziesięciu sprawiedliwych”… Za tydzień Asamblea diecezjalna. Dwa dni obrad o tym jak ożywić w duchu misyjnym nasze parafie i przygotować się na przyszłoroczny zjazd misjonarzy całych Ameryk… Za wszystko oczywiście się płaci (płaci parafia, proboszcz, by było jasne).
Można proponować proste formy, by „złowić” młodzież, choćby przez jakieś turnieje piłkarskie, ale wszystko musi przejść kolejne grupy „odpowiedzialnych” (encargados), i broń Boże jak jakiś taki szczebel ominiesz: obraza, blokada, nie działasz w ekipie (Pastoral de conjunto), jesteś indywidualistą... Formalizm i strukturalizm. Dyskusje o granicach parafii w rzeczywistości miasta, które rośnie w oczach, w którym ludzie zmieniają miejsce zamieszkania czasem nawet trzy razy w roku.
Ładnie wszystko wygląda w sprawozdaniach, tyle do tego pięknych zdjęć z kolejnych wizyt w domu dziecka czy „misji” przeprowadzonej 20 km poza miastem (podczas gdy w parafii nie ma komu wyjść na dzielnicę zaprosić na spotkanie biblijne). Tyle grup parafialnych o biblijnych nazwach i kolorowych koszulkach. Niezłe ciągle liczby w statystykach. Nasi biskupi absolutnie nie mają się czego wstydzić wyruszając we wrześniu na wizytę „Ad limina” do Rzymu, by zdać sprawę z życia naszej Archidiecezji i całego Kościoła w Boliwii. Nie jest dziełem przypadku przecież, że stolicą Piątego Amerykańskiego Kongresu Misyjnego (CAM V) będzie w 2018 roku właśnie Santa Cruz.
Tylko dlaczego to „na froncie” już tak cudownie nie wygląda jak na prezentacji starannie przyrządzonej w PowerPoincie? Życie codziennie każe przypominać ciągle to samo tym samym osobom, żeby się nie angażowały w tyle grup, żeby się skupiły na jednym czy drugim zadaniu i wykonały je dobrze. By ci kochani ludzie nie szukali wzniosłych zadań i odległych pól do bycia „misjonarzami”, tylko zajęli się zwyczajną pracą, w domu i dla domu, i w parafii, we własnym ogródku, w swoim barrio. Może medalu ani certyfikatu za to nie będzie, ale będzie „imię zapisane w niebie” i radość tu na ziemi w postaci normalnego życia w trochę normalniejszych relacjach w rodzinie i sąsiedztwie.
Już się męczę tłumaczeniem im tego samego w koło Macieju, już brakuje cierpliwości by słuchać niektórych nierealnych i sprzecznych ze sobą idei. A już całkiem ręce opadają, jak najbliżsi współpracownicy raz wspominają jak to kiedyś były genialnie rozwiązywane jedne czy drugie problemy, przedstawiają swoje pomysły, a potem z nich się wykręcają, albo co gorsza krytykują ich wykonanie, choć sami do ich realizacji palca nie przyłożyli. Najbardziej jednak męczy to, że sam sobie muszę przypominać ciągle po co tu jestem, i co do mnie należy, co jest najważniejsze, bo w tym tyglu tak łatwo się zapomina o pryncypiach. Chcę zrozumieć ten Kościół, a sam siebie nie pojmuję… Nie ma co, życie to rzeczywiście ciągłe niespodzianki… (cytując Forresta Gumpa, „życie jest jak pudełko czekoladek, nigdy nie wiesz co Ci się trafi”, choć o czekoladę w Boliwii trudno :P).

niedziela, 18 czerwca 2017

Krzyż Misyjny w mojej parafii

W minionym tygodniu mieliśmy w parafii niezwykle ważne wydarzenie: peregrynacja Krzyża Misyjnego, symbolu Piątego Kongresu Misyjnego Amerykańskiego, ktory odbedzie się w lipcu 2018 roku w Santa Cruz. Krzyż ten pielgrzymuje po wszystkich parafiach Boliwii. Odwiedzaliśmy z nim szkoły naszej parafii, wieczorami odprawialem z nim Msze na barriach i procesje. Piękne doświadczenie wiary. Kilka zdjęć poniżej.








Amerykañski Kongres Misyjny to wielkie wydarzenia. Zjada do naszej diecezji - miasta przedstawiciele wszystkich krajów obu Ameryk. Przygotowania nabieraja tempa. Mnostwo pracy przed nami. Ale tez jest wola w Ludzie, jest z kim pracowac :-) Krzyz ten jest wierna kopia krzyza, ktory znajduje sie w San Javier w Chiquitanii, gdzie jezuici zalozyli w 1691 roku pierwsza z redukcji na terenie dzisiejszej Boliwii. Krzyz ten przypomina o zrodle wiary ludu tej ziemi i jednoczesnie o zadaniu misyjnym, ktore Chrystus stawia swoim uczniom juz w momencie chrztu. "Ameryka w misji. Ewangelia jest Radoscia" glosi haslo 5go Amerykañskiego Kongresu Misyjnego. I my tez w parafii San Francisco chcemy glosic radosc Ewangelii. W koncu jestesmy uczniami-misjonarzami Jezusa Chrystusa :-)

Po Bożym Narodzeniu 2017

Z pozdrowieniem bożonarodzeniowym donoszę, że nic nowego się nie dzieje w mojej parafii. Zamknęliśmy rok w duszpasterstwie fantastyczną Now...